Dennis w duchu przeklinał, że nie jest tu jaśniej, ale ministerstwo oszczędzało na wszystkim, co się dało, nawet na oświetleniu. Na przyszłość będzie musiał zastosować siłę. Podszedł do Richardsona i przyjrzał mu się uważniej i skropił nią twarz chłopca, po czym na rekach przeniósł go w miejsce, gdzie leżał jego ojciec. Tam go położył i sprawdził jego funkcje życiowe. Żył. Nie chciał go zatrzymać. Jednak Adżant nie ruszył się ze swojego miejsca, tylko obserwował Jerry’ego aż do chwili, kiedy zniknął za zakrętem.
- Nie ma go już tu - powiadomił obcy.
Komandor powoli opuścił pistolet i rzucił go na podłogę.
- Kopnij go dalej - zażądał obcy.
Oficer usłuchał, oczekując co będzie dalej. Teraz wróg miał go na muszce i nie był w stanie ani sobie, ani synowi pomóc. Sam siebie w myślach zgromił za nieostrożność i brak odpowiedzialności, jaka spoczywała na niego za statek i jego załogę. Czuł, że ich wszystkich zawiódł, ale nie mógł sobie przypomnieć o co chodzi.
- Cinienie jest już w normie. Nic nie pamiętasz?
- Mam tylko szum. Pomóż mi przypomnieć sobie cokolwiek.
- Nie wiem czy powinienem.
- Potraktuj to jak rozkaz.
- Podejrzewamy, że stoczyłeś walkę z Adżantem. Świadczą o tym obrażenia ciała, znaleziony złamany nóż i znak na twojej twarzy.
- Jaki znak?
- Kilka linii wzajemnie przecinających się. To symbol Adżanty. Taki sam znaleźliśmy na rękojeści noża.
Komandor próbował wyobrazić sobie Adżanta, z którym miał niby stoczyć walkę. Coś zaczęło mu świtać w głowie, ale samej walki nie mógł sobie przypomnieć o co chodzi.


Pozostałe texty:
1 2 3 69 70 71 72 73 10934 10935 10936