- Ktoś jeszcze został ranny, oprócz mnie? Kto?
- Jerry - cicho wyszeptał Hendrix.
- Mój syn? - zaczął sobie w końcu niektóre rzeczy kojarzyć. - Co z nim?
Komandor miał już zamiar wstać, żeby się zobaczyć z chłopcem, ale major go powstrzymał, tłumacząc mu:
- Jerry żyje, hoć stracił sporo krwi. Przeszedł już transfuzję, ale nie odzyskał jeszcze przytomności.
- Muszę go chociaż dotknąć.
- Medycy nikogo do niego nie dopuszczają. A poza tym musisz odpocząć.
Dennis próbował poskładać myśli. Wiedział już, że to Jerry był tym brakującym elementem i że nie było żadnej walki. Adżant wykorzystał chłopca przeciwko mnie, musiałem się poddać.
- To zrozumiałe.
- Musisz go stąd jak najszybciej dostać się doswojego myśliwca i opuścić ten statek, nie będąc zauważonym..
Komandor leżał na kozetce, opatulony miękkim kocem. Był przytomny, ale nic nie widział, całkowitą ciemność miał przed oczami. Dopiero pod dotknięciem rąk wyczuł, że to bandaże przesłoniły mu widoczność. Dodatkowo pulsowanie skroni, niewielka gorączka i ból głowy dawały mu znać, że coś się stało. Ale w tej chwili miał mętlik w głowie. Ciągle dręczy mnie myśl „ciśnienie spada”, ale za cholerę nie mogę sobie przypomnieć jak.
Do sali wszedł komandor Richardson, trzymając się ramienia jednego żołnierza o stopniu starszego kaprala. Obaj wartownicy stanęli na baczność i zasalutował.


Pozostałe texty:
1 2 3 30 31 32 33 34 10934 10935 10936